<title_newspaper="Przekrj"> 
<title_article="Profesor Tutka poszed na bal"> 
<author_1=Jerzy Szaniawski>
<author_2=>
<language=pl> 
<style=press> 
<year="1954">
<month="4">
<date=1954-04-18>
<period=w> 
<status=1_obieg>
<support=paper>
SDZIA mwi, e wstpi do restauracji, aby zje obiad! Zjad i ciko si rozchorowa. Restauracja nosia nazw  Zdrowie. Sdzia doda jeszcze, e napis nad wejciem mia litery zote.
Profesor Tutka:
 Przeczytaem na afiszach  Bal. Do restauracji czowiek idzie, gdy jest godny, na bal  gdy si chce zabawi. Chciaem si zabawi. Nacignem na siebie frak a do klapy przypiem wielk chryzantem. Lustro mwio: szyk! Z ktrego roku kalendarz, pytacie? W tej historii nie jest to wane.
Bal ten urzdzali studenci akademii malarskiej i dlatego moe moje opowiadanie bdzie dosy barwne.
Doroczna ta zabawa syna z piknie przystrojonej sali. W jednym roku, pamitam, bal odbywa si bardzo wysoko, bo na niebie: widziao si ksiyc, gwiazdy, Marsa i Wielk Niedwiedzic; w roku nastpnym bal dla odmiany odbywa si bardzo nisko, bo na dnie mrz. Lekkie przeroczyste gazy i tiule przedstawiay wod, a w wodzie byy morskie roliny, wyspy koralowe, fantastyczne  ryby, olbrzymie raki i omiornice. Kobiety na bal ten przebray si za syreny, meduzy, za co co jest niby i morskie, i niezwyke, nie zapominajc jednak o tym, eby nie przestao by ziemskie i pontne. Niewidzialne reflektory rzucay wymylne wiata, odezwaa si ukryta orkiestra, a ciemne fraki szy ku meduzom, syrenom, by zczy si z nimi, zapomnie o ziemi, a tylko koysa, poddajc si  muzyce jak fali.
Miaem zaszczyt taczy z krlow mrz. Pikna kobieta w zocistej usce na piersiach i biodrach uwodzia mnie w tacu swym wzrokiem. Oczy miaa wielkie o fantastycznie dugich rzsach. Nagle z bocznej salki wybieg mody malarz i krzykn: pali si! Orkiestra urwaa. Pary znieruchomiay. Staa si cisza.
</support> 
</status> 
</period> 
</date> 
</month> 
</year> 
</style> 
</language>
</author_2> 
</author_1> 
</title_article> 
</title_newspaper>
